Śnieg przyszedł tej zimy tak zupełnie niespodziewanie, że zaskoczył nie tylko drogowców i meteorologów, ale i chyba samych bogów, którzy w tym całym zaskoczeniu zapomnieli włączyć światło. Dni były coraz krótsze, o wiele krótsze, niż zazwyczaj o tej porze roku. W telewizji spiker nerwowym głosem żartował, że ekstrapolacja dotychczasowych trendów wskazuje, że w ciągu tygodnia słońce zajdzie, zanim wzejdzie. Mówiono o planetarnej katastrofie, ale nic oficjalnego.
Każdy krok Witolda skrzypiał na brudnym śniegu wydając odgłos gryzienia marchewki. Nie trzeba chyba dodawać, że czuł się z tego powodu dość nieswojo. Zbliżała się północ, a spod grubej, szarej śniegowej otuliny tylko gdzieniegdzie sterczały działające latarnie, do tego łypiące nerwowo w nieregularnych odstępach czasu. Postawił kołnierz i zapiął szczelniej kurtkę, ale nie pomogło; wiatr świszczał między popękanymi deskami przystankowej ławki wołając: "Giń, psie". A przynajmniej tak mu się wydawało.
"Chrup", rozległo się nieopodal. "Chrup". Ktoś nadchodził. Właśnie kończyła się wigilia, a autobus nie nadjeżdżał. Próżno było szukać pierwszej gwiazdki, bo przez wieczną warstwę smogu, która dziś obniżyła się aż do trzeciego piętra kamienic, trudno było zobaczyć cokolwiek. "Chrup". Witold powoli się odwrócił, ale nikogo nie zobaczył. Rozejrzał się jeszcze raz... i nic. "Chrup".
- Omamy, mam omamy z zimna - powiedział na głos, choć nie wierzył w to do końca.
- To nie omamy - usłyszał znad siebie. Chropowaty gardłowy charkot, pilnik do metalu szorujący kość udową. Witold czuł, jakby właśnie podtarł zadek papierem ściernym.
- Byłeś niedobrym chłopcem, Witku.
Spojrzał w górę. To był Mikołaj, najprawdziwszy San de Claws, mieszkająca w Laponii personifikacja marzeń i lęków milionów dzieci, zrodzony z krwi niemowląt po rzezi Heroda, odziany w płaszcz ze skór martwych soboli i wciąż żywych mięśni jednorożców. Dokładnie taki, jak w bajkach i na celuloidach - kaftan nabijany ćwiekami, broda koloru włosów Christophera Walkena, mosiężne, zaostrzone zęby, buty ze zbrojonego żelbetu i wzrok który jakimś cudem był chłodniejszy, niż punkt zerowy Kelwina. No i piła.
Dwumetrowa, płonąca piła spalinowa, na której ostrzu narysowano strzałkę z napisem "Wkładać tą stroną".
Witek po raz ostatni spojrzał Mikołajowi w oczy.
- Ho, ho, ho.
Wigiliochanukokwanzaa z Ad Astrą już 21 grudnia w klubie Kawon. Uwaga! Spotkanie rozpoczynamy
JUŻ O 19:30!
Byliście grzeczni...?